Artur: Spotykamy się w Szkole Podstawowej nr 9 w Tarnowie. A właściwie — już w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 9. Dobrze mówię?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tak. Od 1 września jesteśmy Zespołem Szkolno-Przedszkolnym nr 9 w Tarnowie.
Artur: A moją rozmówczynią jest Renata Sobkowiak-Zabawa, nauczycielka muzyki i plastyki, ale też osoba mocno zaangażowana w szkolny wolontariat. Chociaż wiem, że Pani woli mówić po prostu: pomaganie.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tak, bo pomaganie jest cudne i piękne. I fajnie, jeżeli po drodze możemy naszym młodym ludziom wpoić tę ideę.
W moim przypadku są właściwie dwa kierunki, które trochę się ze sobą połączyły. Kiedy 30 lat temu szkoła otrzymała imię Orląt Lwowskich — dzieci walczących o Polskę i Lwów — zaczęliśmy nawiązywać kontakty z Kresami i z Polakami tam mieszkającymi. Wiedzieliśmy, że ich sytuacja materialna jest trudna.
I wtedy zrodził się pomysł, żeby mobilizować dzieci, rodziców i całą społeczność szkolną. Od ponad 20 lat organizujemy zbiórkę mikołajową darów dla dzieci, ale także dla seniorów mieszkających na Kresach.
Artur: Czyli przede wszystkim zbieracie rzeczy, a nie pieniądze?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tylko i wyłącznie dary. Absolutnie nie zbieramy pieniędzy.
I chyba najpiękniejsze w tej akcji jest to, że sami jedziemy bezpośrednio do miejscowości, w których mieszkają Polacy. Żywność i prezenty mikołajowe trafiają więc bezpośrednio do rąk osób, które ich potrzebują.
Artur: Czyli macie pełną kontrolę nad tym, gdzie ta pomoc trafia. A czy razem z darami jeżdżą też młodzi wolontariusze?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Przed pandemią jeździła z nami również młodzież. Później była pandemia, teraz mamy wojnę, więc na razie jest to po prostu zbyt duże zagrożenie.
Wcześniej organizowaliśmy nawet dwa wyjazdy w roku. Nawiązaliśmy między innymi kontakt ze Szkołą Polską w Szczerczyzkach na Ukrainie, z panią dyrektor Alicją Bałuch, która zresztą odwiedzała naszą szkołę. Przekazywaliśmy książki, przygotowywaliśmy wyprawki dla pierwszoklasistów.
Chodziło o to, żeby młodzież zobaczyła, komu konkretnie pomaga. Żeby wiedziała, że to, co zbieramy i przekazujemy, nie znika gdzieś po drodze, tylko faktycznie trafia do konkretnych ludzi i konkretnych miejsc.
Artur: Czyli ma to swój logiczny ciąg.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Dokładnie.
Artur: A jak wygląda rekrutowanie wolontariuszy? I o jakiej skali pomocy w ogóle mówimy?
Renata Sobkowiak-Zabawa: To jest właściwie cała szkoła. Nie ma dziecka, które nie pomaga. To ogromna akcja i wszyscy bardzo mocno się angażują.
Co ważne, pomagają nie tylko dzieci, ale też rodzice. Mamy takich rodziców, którzy przychodzą i pytają: „Proszę pani, może coś jeszcze trzeba? Chcielibyśmy coś od siebie dorzucić”.
To jest piękna postawa, bo pokazuje dzieciom, że nawet w dzisiejszych trudnych czasach można się dzielić.
My jako Polacy jesteśmy cudnym narodem do pomagania, ale też do krytykowania. I cieszymy się, że u nas zdecydowana większość chce pomagać. A jeżeli ktoś nie chce — nie ma przymusu. My po prostu rzucamy hasło: kto chce, ten pomaga.
Artur: Jedną z takich akcji jest „Światełko dla Łyczakowa”. Na czym ona polega?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Zbieramy białe i czerwone znicze, które później zawozimy na Cmentarz Łyczakowski. Jest tam pan Janusz, który między innymi opiekuje się Cmentarzem Orląt.
Dzięki tej akcji 1 listopada cały Cmentarz Orląt płonie biało-czerwonymi zniczami.
To nie jest tylko nasza akcja — organizują ją również inne miejscowości, między innymi Rzeszów i okolice. Ale dla nas stała się początkiem kolejnych działań.
Artur: Czyli kula śniegowa?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tak, dokładnie. Kula śniegowa.
Pomyśleliśmy: skoro pomagamy na Kresach, to dlaczego nie poszukać miejsc tutaj, w Tarnowie, którymi moglibyśmy się zaopiekować?
Trochę zainspirował nas Instytut Pamięci Narodowej, z którym również współpracowaliśmy. IPN prowadził akcję „Pamięć Pokoleń”, w ramach której odnajdywano groby osób walczących za ojczyznę, o które dziś nie ma kto zadbać.
I tak zaczęliśmy opiekować się kolejnymi grobami.
Artur: I teraz podobno zaczyna się już nawet robić mała rywalizacja o to, kto może w tych akcjach uczestniczyć?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Trochę tak. Jesteśmy dużą szkołą i nie jesteśmy w stanie zaangażować wszystkich uczniów jednocześnie.
Staramy się więc, żeby były to między innymi klasy szóste i młodsze dzieci. W tym roku będzie to klasa I C, VI A i V B.
Odwiedzamy między innymi grób pana Kiecia, żołnierza niezłomnego, pochowanego na cmentarzu w Krzyżu. Podejrzewamy, że nie ma już nikogo z rodziny, dlatego ten grób jest przez nas regularnie odwiedzany — co najmniej cztery razy w roku sprzątamy go i zapalamy znicze.
Artur: Zastanawiam się, jak to właściwie nazwać. Mamy przecież wolontariat społeczny, kulturalny, sportowy, ekologiczny. Tutaj pojawia się patriotyczny, ale ja widzę jeszcze jeden wymiar — wolontariat edukacyjny.
Bo uczniowie nie tylko sprzątają groby. Oni przy okazji uczą się historii, pamięci i odpowiedzialności za to, co zostało po poprzednich pokoleniach.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Oczywiście. I mam na to bardzo konkretny przykład.
W ubiegłym roku byliśmy na Starym Cmentarzu. Odwiedzamy tam również groby Kresowiaków. Nawet w kwaterze powstańców znajdują się dwa groby Orląt Lwowskich.
I miałam ogromną satysfakcję, kiedy byliśmy tam z młodzieżą i nagle przechodzi nasz były uczeń, Michał. Pytam: „Michał, co ty tutaj robisz?”.
A on mówi: „Wie pani co, kiedyś chodziłem tutaj z panią, a teraz zapisałem się do Towarzystwa Opieki nad Starym Cmentarzem i dalej przychodzę i sprzątam”.
I wtedy pomyślałam: właśnie o to chodzi.
Najpierw są wyjścia, opowieści, pokazujemy im Stary Cmentarz, który jest przecież zabytkiem. Rozmawiamy o historii, o ludziach, którzy tam spoczywają. A później oni sami zaczynają czuć, że to jest również ich odpowiedzialność.
Artur: Teoria teorią, a doświadczenie doświadczeniem.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Dokładnie. Najpiękniejsze jest to, kiedy później uczeń mówi: „Wie pani co, byłem z rodzicami na Wszystkich Świętych i poszliśmy zapalić świeczkę”.
Nikt mu nie kazał. On po prostu chciał i pamiętał.
Artur: I chyba właśnie tutaj dochodzimy do ważnej rzeczy. Chciałbym trochę odczarować romantyczne myślenie o wolontariacie. Oczywiście — wolontariusz pomaga bezinteresownie. Ale bycie wolontariuszem to także świetna inwestycja w siebie, w swój rozwój. Zgadza się Pani?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Oczywiście.
To są emocje, które nam towarzyszą. To rozwijanie wiedzy w konkretnym temacie. Weźmy Kresy. To nie jest tylko „zbierzemy paczki i pojedziemy”.
Na lekcjach rozmawiamy o tym, czym były Kresy, jak te tereny były związane z Polską, kim były Orlęta Lwowskie, czym jest Cmentarz Orląt i dlaczego tam jedziemy.
Rozwijamy więc wiedzę historyczną, ale również emocje. A młodzi ludzie mają dziś ogromny dostęp do informacji. Często wracają do domu i sami zaczynają czytać, szukać, zgłębiać temat.
Artur: I zadawać pytania.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Mnóstwo pytań.
Artur: Właśnie. I jest jeszcze jeden aspekt, który mnie bardzo interesuje. W szkołach mamy przecież problem z hejtem. Z jednej strony uczeń, który jest niedowartościowany czy wycofany, dzięki wolontariatowi może poczuć się potrzebny. Z drugiej — mam przykłady sytuacji, kiedy osoby, które same potrafiły być agresywne wobec innych, po zaangażowaniu w wolontariat zmieniały swoje zachowanie.
Czy Pani też to obserwuje?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Oczywiście. I powiem więcej: czasami właśnie największe „budrysy” i rozrabiaki, kiedy idą sprzątać groby ludzi, którzy polegli za ojczyznę, zaczynają zadawać mnóstwo pytań.
Nie boją się wziąć grabi, łopatki, pobrudzić rąk. I coś się w nich zmienia. Nie mówię, że we wszystkich, ale w sporej grupie rzeczywiście zaczyna się zmieniać sposób patrzenia na pewne sprawy.
A kiedy w wolontariacie połączymy osoby wycofane z tymi, które wcześniej potrafiły atakować innych, nagle zaczynają się tworzyć zupełnie nowe relacje.
Artur: Czyli wolontariat może być też sposobem na budowanie relacji?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Zdecydowanie.
Artur: Ale żeby nie było zbyt idealnie — wolontariat ma również swoje trudniejsze strony. Zdarzały się u Was nieprzyjemne sytuacje?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tak.
Artur: Jakaś szczególnie zapadła Pani w pamięć?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Zdarzały się sytuacje, kiedy rodzice pytali: „Dlaczego kolejny raz? Dlaczego znowu musimy zbierać?”.
Tłumaczymy wtedy, że jest to tradycja naszej szkoły, ale przede wszystkim sposób na mobilizowanie uczniów do pomagania. Oczywiście zawsze podkreślamy: kto chce, pomaga, kto nie chce — nie ma obowiązku.
Ale chyba najtrudniejszą sytuacją było odrzucenie naszej pomocy przez stronę ukraińską.
Artur: Rzeczywiście zdarzyło się coś takiego?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Tak. W 2019 roku, kiedy jechaliśmy z darami, zatrzymano nas na granicy. Była wtedy z nami również młodzież z liceum.
Spędziliśmy po tamtej stronie około ośmiu godzin, a później zostaliśmy cofnięci do Polski z całymi sześciuset paczkami.
Artur: I co wtedy? Koniec akcji?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Absolutnie nie.
Nie chcę tutaj wchodzić w ocenianie, dlaczego tak się stało. Prawdopodobnie trafiliśmy po prostu na młodych, nowo przyjętych celników, którzy bardzo chcieli wykazać się swoją pracą.
Najważniejsze było jednak to, żeby dzieci, do których jechaliśmy, nie zostały bez pomocy.
Poradziliśmy sobie. Część darów trafiła do Szkoły Polskiej. Przyjechali po nie małymi busami i zabrali paczki. Żeby dzieci nie poczuły, że Mikołaj do nich nie przyjechał.
Artur: A pozostałe dary?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Również znalazły odbiorców. Paczki żywnościowe trafiły między innymi do miejscowości Czyszki i Pnikuty. Mieliśmy też dodatkowe rzeczy dla sióstr prowadzących ośrodki, dla Domu Samotnej Matki czy warsztatów terapii zajęciowej.
Oczywiście trzeba było część paczek przepakować. Do warsztatów terapii zajęciowej nie dawaliśmy przecież mąki, kaszy czy ryżu, bo nie wszystko było tam potrzebne. Te rzeczy trafiły między innymi do kuchni Brata Alberta.
Ale inne ośrodki prowadzą warsztaty kulinarne i tam takie produkty były bardzo przydatne.
Artur: Czyli zasada jest prosta: jak jedne drzwi się zamykają…
Renata Sobkowiak-Zabawa: …to trzeba wejść oknem. Jeśli naprawdę chce się działać i pomagać, zawsze można znaleźć rozwiązanie.
Artur: Wróćmy jeszcze do rodziców. Jak rozumiem, ten opór, który czasem się pojawia, jest trochę niepotrzebny, bo przecież nie ma żadnego przymusu.
Renata Sobkowiak-Zabawa: Właśnie. Zawsze mówimy: proszę Państwa, kto chce, pomaga, kto nie chce — nie pomaga. To jest dobra wola i forma wolontariatu.
Dlatego czasami dziwią mnie komentarze w stylu: „Znowu?”, „Po co?”, „Dlaczego kolejna zbiórka?”.
Są tacy, którzy chcą się włączyć, i tacy, którzy nie chcą. I naprawdę nie ma w tym problemu.
Natomiast ogromnym problemem jest niezrozumienie idei wolontariatu kresowego.
Kiedy mówimy, że jedziemy na Ukrainę, część osób od razu reaguje: „Ja już Ukraińcom nie dam ani złotówki, ani kilograma cukru”.
Tylko że my nie zawozimy tej pomocy Ukraińcom. My zawozimy ją Polakom mieszkającym na Kresach — ludziom, których rodziny mieszkają tam od pokoleń.
I bardzo często ten hejt, o którym Pan mówił, wynika po prostu z niewiedzy. Z niesłuchania tego, co się mówi, albo z nieczytania ze zrozumieniem informacji, które przekazujemy.
Artur: Na koniec proszę o odpowiedź w jednym, maksymalnie dwóch zdaniach. Dlaczego warto zostać wolontariuszem?
Renata Sobkowiak-Zabawa: Bo dawanie daje więcej radości niż przyjmowanie.
I wiem to po sobie. Pomaganie jest fajne. Wywołuje uśmiech i łzy u osoby obdarowywanej, ale takie łzy potrafi wywołać również u nas.