Artur: Spotykamy się w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 6 w Tarnowie. W jego skład wchodzą dwa przedszkola i szkoła podstawowa. Moimi rozmówczyniami są pani dyrektor Karolina Góryjowska oraz Anna Zielińska, nauczycielka języka angielskiego i koordynatorka szkolnego wolontariatu. Zacznijmy od podstaw: jak duży jest wasz szkolny wolontariat, od kiedy działa i skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

Anna Zielińska: Początki sięgają jeszcze czasów gimnazjum, które funkcjonowało w naszej placówce. To właśnie wtedy zaczęliśmy rozwijać ideę wolontariatu. Później, kiedy szkoła podstawowa przeszła na system ośmioklasowy, od początku wolontariat zaczął funkcjonować przede wszystkim w najstarszych klasach.

Najbardziej angażują się uczniowie klas siódmych i ósmych. Oczywiście w ósmej klasie dodatkową motywacją są punkty, które można uzyskać za działalność społeczną. Nie ma w tym jednak nic złego. To również sposób, żeby zachęcić młodych ludzi do aktywności. Zdarza się też, że w wolontariat angażują się młodsi uczniowie.

Cała społeczność uczniowska może brać udział w różnych akcjach, natomiast jeśli mówimy o regularnym wolontariacie i konkretnych godzinach, to przede wszystkim są to klasy siódme i ósme.

Artur: Czy jest to stała grupa wolontariuszy?

Anna Zielińska: Ta grupa naturalnie się zmienia, bo co roku pojawiają się nowe klasy siódme i ósme. Jeśli ktoś zaczyna działalność w siódmej klasie, bardzo często kontynuuje ją również w ósmej.

Artur: A jak wygląda rekrutacja? Jest rozmowa kwalifikacyjna, jakaś forma castingu?

Anna Zielińska: Nie, nic z tych rzeczy. Uczniowie otrzymują regulamin wolontariatu. Zapoznają się z nim i jeśli go akceptują, podpisują odpowiednią deklarację. Potrzebna jest również zgoda rodziców.

Każdy wolontariusz otrzymuje też dzienniczek, w którym dokumentuje swoje działania. I nie ograniczamy się wyłącznie do tego, co dzieje się w szkole. Uczniowie mogą angażować się również poza nią — na przykład w fundacjach, podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w bibliotekach czy schroniskach. Mogą sami podejmować takie inicjatywy na terenie Tarnowa i powiatu.

Artur: W jakich obszarach działają wasi wolontariusze?

Anna Zielińska: Przede wszystkim pomagają w naszej własnej społeczności szkolnej. Starsi uczniowie chodzą na świetlicę, czytają młodszym dzieciom bajki, pomagają im w nauce, organizują zabawy i spędzają z nimi czas.

Angażują się również podczas różnych wydarzeń, na przykład Dni Przedszkolaka czy dni otwartych szkoły. Mamy też zbiórkę zakrętek dla Zuzi, która jest chora. To forma pomocy w jej leczeniu.

Bierzemy udział również w akcjach organizowanych przez różne fundacje i organizacje. Jedną z nich jest akcja „Nie bij mnie, kochaj mnie”, dotycząca problemu przemocy wobec dzieci. Włączaliśmy się także w inne zbiórki, między innymi na rzecz dzieci przebywających w szpitalach.

Od czterech lat organizujemy również na wiosnę symboliczny Dzień Piżamy. W ten sposób solidaryzujemy się z dziećmi przebywającymi na oddziałach onkologicznych. Ponieważ w Tarnowie nie ma oddziału onkologii dziecięcej, zwieńczeniem akcji jest zbiórka potrzebnych rzeczy dla oddziału dziecięcego w nowym szpitalu. Kontaktujemy się z pielęgniarką oddziałową i pytamy, czego aktualnie potrzeba. Następnie zbieramy te rzeczy i przekazujemy je szpitalowi.

Artur: Czy prowadzicie zbiórki pieniędzy, czy raczej rzeczy?

Anna Zielińska: Raczej rzeczy. Uważamy, że taka konkretna, doraźna pomoc jest bardzo potrzebna.

Artur: Czy podczas którejś z akcji zdarzyła się sytuacja, która była dla was albo dla uczniów szczególnie trudna?

Anna Zielińska: Pamiętam jedną sytuację sprzed dwóch lat, właśnie podczas akcji „Nie bij mnie, kochaj mnie”. Wzięłam ze sobą kilku naszych uczniów i zostawialiśmy pluszaki w różnych miejscach Tarnowa — między innymi w okolicach Zenitu i na przystankach.

Na jednym z przystanków podszedł do nas mężczyzna, któremu przeszkadzał zostawiony tam pluszak. Pytał, dlaczego go tam umieszczamy i dlaczego ma on znajdować się właśnie na przystanku.

Moi uczniowie, którzy na co dzień są bardzo energiczni i czasem lubią pożartować, zupełnie nie wiedzieli, jak zareagować. Zaczęłam więc tłumaczyć temu panu, na czym polega akcja. Włączyli się też inni ludzie stojący na przystanku. Okazało się, że słyszeli o tej inicjatywie w radiu i widzieli już podobne pluszaki w innych miejscach.

Ta sytuacja pokazała nam, że nawet coś tak niewinnego jak pluszak może wywołać różne reakcje.

Artur: W swoich rozmowach z wolontariuszami i psychologami spotykam się z poglądem, że wolontariat może być swego rodzaju tarczą antyhejtową. Osoba, która ma problem z poczuciem własnej wartości, poprzez pomaganie innym może poczuć się potrzebna, wejść w grupę i zyskać większą pewność siebie. Czy widzicie w wolontariacie również takie narzędzie przeciwdziałania hejtowi?

Karolina Góryjowska: Myślę, że przede wszystkim ważna jest świadomość tego, jaką krzywdę można wyrządzić drugiej osobie. Młodzi ludzie zdobywają coraz większą wiedzę na ten temat. My również z roku na rok prowadzimy w szkole dodatkowe działania profilaktyczne.

Mam nadzieję, że dzięki temu nasi uczniowie będą coraz bardziej świadomi tego, jakie zachowania są właściwe, a jakich należy unikać. Wolontariat może być jednym z elementów budowania takiej świadomości.

Anna Zielińska: Chciałabym też dodać, że od 1 września, jako zespół szkolno-przedszkolny, będziemy rozszerzać działalność wolontariuszy również na oba przedszkola wchodzące w skład naszego zespołu. Uczniowie będą mogli pomagać tam na różne sposoby.

Artur: Wspomniała pani o pomaganiu konkretnym osobom. Czy zdarza się, że inicjatywa wychodzi bezpośrednio od rodziców albo uczniów?

Anna Zielińska: Tak. W tym roku bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie rodzice mojej klasy. Jestem wychowawczynią klasy ósmej. Pod koniec ubiegłego roku szkolnego rodzice stwierdzili, że zamiast kupować dzieciom tradycyjne prezenty z okazji zakończenia roku, chcieliby przeznaczyć te pieniądze na konkretny cel.

Powiedzieli: „Niech pani znajdzie jakąś fundację albo miejsce, któremu możemy pomóc”. Skontaktowałam się więc ze znajomym pracującym w Placówce Opiekuńczo Wychowawczej "Słoneczny Dom". Dowiedzieliśmy się, czego tam potrzebują, rodzice zrobili zakupy, a dzień przed rozdaniem świadectw pojechaliśmy z prezentami do placówki.

To był pomysł rodziców, a nie odgórnie zaplanowana akcja szkoły. I właśnie takie inicjatywy bardzo cieszą.

Artur: To prowadzi nas do kolejnego pytania. W jaki sposób wyszukujecie miejsca, w których uczniowie mogą pomagać poza szkołą?

Anna Zielińska: Różnie. Czasami pomysł pojawia się przypadkiem. Zbiórka dla szpitala była moją inicjatywą sprzed kilku lat. W przypadku placówki opiekuńczo-wychowawczej pomyślałam po prostu: znam osobę, która tam pracuje, więc może warto zapytać, czy możemy w czymś pomóc.

Bywa też, że inicjatywa wychodzi od samych uczniów. Kilka lat temu sami zaproponowali zbiórkę na rzecz Tarnowskiego Azylu. Dzisiaj nie kończy się to tylko na zbiórkach. Uczniowie jeżdżą tam całymi klasami, przekazują rzeczy potrzebne zwierzętom, a niektórzy później wracają już prywatnie, na przykład na spacery z psami.

Mieliśmy też zbiórkę dla Domu Samotnej Matki prowadzonego przez siostry zakonne przy ulicy Mościckiego. Dowiedzieliśmy się, czego potrzebują, i zorganizowaliśmy odpowiednią pomoc.

Artur: A jak było ze zbiórką zakrętek dla Zuzi?

Anna Zielińska: Tutaj inicjatywa wyszła od naszej byłej pracownicy, pani Joli. Znała osoby związane ze zbiórką i zapytała, czy moglibyśmy się w nią zaangażować. Oczywiście potrzebna była zgoda dyrekcji.

Po prostu zbieramy zakrętki. Mamy specjalne pudła i uczniowie oraz inni członkowie społeczności szkolnej je przynoszą. Czasami ktoś przywozi naprawdę ogromną ilość — ludzie potrafią przynieść zakrętki, które wcześniej przez długi czas zbierali w domu czy piwnicy.

Artur: Co waszym zdaniem daje młodym ludziom wolontariat?

Anna Zielińska: Przede wszystkim pokazuje, że świat nie zawsze jest taki kolorowy i wygodny, jak mogłoby się wydawać. Młody człowiek zaczyna zauważać, że są ludzie i instytucje, które potrzebują pomocy, że są osoby, które nie mają nawet podstawowych rzeczy.

To jest również wyjście ze swojego świata i ze swojej strefy komfortu. Czasami jest to przecież także ciężka praca fizyczna. Uczeń musi poświęcić swój czas — zamiast siedzieć w internecie, oglądać film czy grać w grę, robi coś dla innych.

Właśnie dlatego uważam, że wolontariat jest przede wszystkim formą samorozwoju.

Artur: I to jest właściwie jedna z tez, które przyświecają mojemu projektowi. Chciałbym trochę odczarować romantyczny obraz wolontariatu jako bycia superbohaterem, który ratuje świat. Wolontariat może być przecież również nauką pracy w grupie, odpowiedzialności, organizacji, a czasem nawet pierwszym doświadczeniem pewnych umiejętności menedżerskich. Czy zgadzacie się, że jest to dobre narzędzie samorozwoju?

Karolina Góryjowska: Zdecydowanie. To przede wszystkim wyjście poza własny świat i własną strefę komfortu. Uczniowie zaczynają dostrzegać ludzi, instytucje i rówieśników, którzy mają inne doświadczenia i czasami znacznie trudniejszą sytuację.

To otwiera na świat. A przy okazji uczy odpowiedzialności, współpracy i tego, że pomaganie również wymaga zaangażowania i czasu.

Artur: W waszej szkole działa też coś, co określa się czasem jako „uczniowie dla uczniów”, czyli pomoc rówieśnicza. Skąd wziął się ten pomysł?

Anna Zielińska: Ten pomysł pojawił się kilka lat temu. Wszystko zaczęło się jeszcze od wolontariatu w czasach gimnazjum. Wtedy moje własne dzieci chodziły do przedszkola i zaczęłam od czytania bajek w Przedszkolu nr 32, do którego uczęszczała moja córka.

Później pojawiła się szkoła podstawowa, a następnie pandemia i związane z nią ograniczenia. Mimo tego uczniowie bardzo dobrze wspominali takie działania.

Zauważyłam też, że starsi uczniowie przychodzili na świetlicę, ponieważ mieli tam młodsze rodzeństwo. Przytulali się, rozmawiali, bawili. Pomyślałam wtedy: dlaczego nie wykorzystać tego naturalnego kontaktu i nie zrobić z niego czegoś więcej?

Zaczęło się od czytania bajek, później doszła pomoc w nauce i organizowanie zabaw. Dzisiaj starsi uczniowie regularnie pojawiają się na świetlicy.

Artur: Czy młodsi rzeczywiście zapamiętują tych starszych?

Anna Zielińska: Bardzo. Ostatnio odwiedzili mnie byli uczniowie, którzy kilka lat wcześniej, będąc w ósmej klasie, pomagali na świetlicy. Akurat prowadziłam zajęcia z trzecią klasą. Okazało się, że dzieci pamiętały tamtych starszych uczniów.

Kiedy ich zobaczyły, chciały, żeby poszli z nimi na świetlicę i znów się pobawili. To było bardzo miłe. Starsi uczniowie byli wręcz zaskoczeni, że młodsi ich pamiętają.

Karolina Góryjowska: Kontakt dziecko–dziecko jest jednak zupełnie inny niż relacja dziecko–nauczyciel. Czasami to, czego nauczyciel nie jest w stanie przekazać albo wyegzekwować w określony sposób, starszy uczeń może przekazać młodszemu swoim językiem.

Jest między nimi różnica pokoleniowa, ale jednocześnie są sobie bliżsi. Starszy uczeń może być dla młodszego pewnym wzorem i kimś, z kim łatwiej się porozumieć.

Artur: Na koniec pytanie, które z pozoru jest proste, ale odpowiedź chyba wcale nie jest oczywista. Czym zachęciłybyście młodego człowieka do zostania wolontariuszem? Dlaczego warto spróbować?

Anna Zielińska: To rzeczywiście trudne pytanie. Młodych ludzi czasami trudno zachęcić. Na początku często najbardziej przemawiają do nich konkretne punkty czy możliwość wyjścia ze szkoły podczas jakiejś akcji.

Ale później dzieje się coś ciekawego. Kiedy już wezmą udział w konkretnym działaniu, często rzeczywiście zaczynają chcieć pomagać. Widzą, że to ma sens.

Karolina Góryjowska: I chyba właśnie dlatego warto dać młodemu człowiekowi możliwość spróbowania. Nie każdy od razu będzie miał potrzebę zostania wolontariuszem. Czasami trzeba najpierw zobaczyć, jak taka pomoc wygląda w praktyce.

Artur: Czy widzicie więc sens w projektach, których celem jest zaszczepianie takich dodatkowych idei wśród młodzieży i pokazywanie im różnych form działalności społecznej?

Karolina Góryjowska: Tak, zdecydowanie. Jeżeli młody człowiek ma możliwość poznania różnych form pomagania i zobaczenia, że może zrobić coś konkretnego dla innych, to jest to wartościowe doświadczenie.

Anna Zielińska: Tym bardziej że czasami wystarczy jeden pomysł, jedna akcja albo jedno spotkanie, żeby ktoś się zaangażował. A później może się okazać, że zostaje w tym na dłużej.

Artur: Czyli wolontariat niekoniecznie zaczyna się od wielkich deklaracji. Czasem wystarczy przeczytać komuś bajkę, zebrać zakrętki, pojechać do schroniska albo zapytać: „Czego potrzebujecie?”.

Anna Zielińska: Dokładnie. I właśnie od takich małych rzeczy często wszystko się zaczyna.

„Wolontariat zaczyna się od wyjścia ze swojej strefy komfortu”. Rozmowa o pomaganiu, samorozwoju i uczniach dla uczniów