Artur: Spotykamy się dziś z Moniką Tokarską, by porozmawiać o jej pomyśle na wolontariat. Moniko, proszę, przedstaw się krótko – czym zajmujesz się na co dzień zawodowo i prywatnie?
Monika Tokarska: Zawodowo prowadzę zajęcia, które nazywam fitnessem terapeutycznym – połączenie fitnessu i terapii ruchem. Pracuję głównie z kobietami, bo duża część mojej pracy to trening mięśni dna miednicy, a zdecydowanie częściej kobiety niż mężczyźni doświadczają problemów zdrowotnych z powodu kondycji mięśni dna miednicy. Oprócz tego jestem mamą i żoną na pełen etat, i trochę działam w wolontariacie, wykorzystując swoje umiejętności i doświadczenie.
Artur: Masz dwójkę dzieci – szesnaście i dziewięć lat. To wymagający wiek, na różnych etapach wychowawczych. Skąd w takim napiętym grafiku bierze się czas na wolontariat?
Monika: Mam nienormowane godziny pracy, sama ustalam swój harmonogram, więc da się to jakoś ułożyć. Największym wyzwaniem jest to, żeby rodzina nie ponosiła z tego tytułu negatywnych skutków. Staram się działać głównie do południa, kiedy dzieci są w szkole, a mąż w pracy.
Artur: Skąd wzięła się potrzeba, by zostać wolontariuszką?
Monika: To był przypadek. Zobaczyłam, że ktoś potrzebuje moich umiejętności i doświadczenia, więc zaproponowałam pomoc. I tak się zaczęło.
Artur: Jakiego typu to wolontariat?
Monika: Jeżdżę do seniorów – starszych, samotnych osób – i z nimi ćwiczę, usprawniam ich ruchowo. Do tej formy doszłam zupełnie przypadkiem. Beata Janowska-Ptasznik, nasza wspólna znajoma, inicjatorka wielu akcji pomocowych i sama w nie mocno zaangażowana, napisała w mediach społecznościowych historię pani Marysi, która potrzebowała rehabilitacji po upadku. Wtedy już przyjeżdżał do niej fizjoterapeuta, który nieodpłatnie ją rehabilitował. Czytając wpis pomyślałam, że mogę to uzupełnić – też pracuję z osobami po chorobach, upadkach, których sprawność ucierpiała. Zaproponowałam Beacie (jeszcze wtedy nie znałyśmy się osobiście) pomoc. Raz pojechałam, drugi, trzeci… i zrobiło się z tego prawie rok regularnego jeżdżenia. Ostatnio, jak już jadę, to też zawożę obiady.
Ważne jest nie tylko to, że ćwiczę z Marysią – 81-letnią panią, z którą niedawno wspólnie świętowałyśmy jej urodziny. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, że się do niej regularnie przychodzi, siada, rozmawia, przytula, głaszcze, trzyma za rękę. Ludzie bardzo potrzebują dotyku i poczucia bliskości z drugim człowiekiem.
Artur: Czy podzielasz pogląd, że jesteśmy dziś bardziej odizolowanym społeczeństwem? I czy to dotyczy tylko starszych osób?
Monika: Myślę, że dawniejsze pokolenia nie były odizolowane w ten sam sposób, w jaki my jesteśmy dziś – przed ekranami telefonów i komputerów. Wcześniej często brakowało świadomości, jak ważny jest dotyk, przytulenie dziecka. Kiedy pracuję z osobami w różnym wieku, widzę, jak bardzo potrzebują bliskości wyrażanej poprzez dotyk– trzymania za rękę, przytulania. Nawet jeśli same wcześniej były bardzo oszczędne w okazywaniu takich gestów wobec swoich najbliższych.
Artur: Jak wygląda wyszukiwanie takich osób? Czy to głównie Beata, czy Ty też proponujesz pomoc?
Monika: Na razie jeżdżę głównie do Marysi, choć jutro jadę już do kolejnej osoby – z rekomendacji kogoś innego, niezwiązanej z Beatą. Nie szukam aktywnie. Po prostu, kiedy słyszę, że ktoś potrzebuje, proponuję: może pojadę, może pomogę. Zawsze pytam też Beatę, bo ona jest bardzo obłożona obowiązkami. Myślę, że ta pomoc będzie się poszerzać, nawet poza moje obecne umiejętności.
Zresztą to świeża wiadomość: zaczęłam ostatnio zajęcia jako opiekun medyczny w szkole policealnej. Jeżdżenie do Marysi i oswajanie się z problemami osób chorych, potrzebujących, samotnych sprawiło, że we mnie rosła empatia. Zobaczyłam, że ta pomoc jest coraz bardziej potrzebna i będzie jej potrzeba jeszcze więcej. Postanowiłam więc poszerzyć wiedzę i umiejętności, żeby w przyszłości umieć lepiej pomagać. Stąd taka zmiana drogi zawodowej. Skończyłam zarządzanie, przez 10 lat pracowałam za biurkiem, a od 12 lat instruktor i praca z ciałem. Wolontariat uwrażliwia, kształtuje i przewartościowuje wiele rzeczy.
Marysia ma 81 lat, jest samotna, urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym, ma niesprawną prawą rękę od zawsze, a od zeszłego roku też nogę. A mimo to ma w sobie ogrom radości życia i plany na przyszłość. Kiedy potem pracuję z młodszymi osobami, które trzeba czasem mocno motywować, żeby w ogóle coś chciały zrobić dla własnego zdrowia, to Marysia jest dla mnie żywym przykładem, jak bardzo trzeba to życie szanować. Dostałam w darze sprawne ciało i umysł – i chcę to wykorzystywać na rzecz innych.
Artur: Miałaś wcześniej kontakt z wolontariatem, na przykład w szkole?
Monika: Nie. Chyba, że uznamy prowadzenie mediów społecznościowych – zupełnie bezpłatnie - dla Fundacji i społeczności kobiet Współdzielnia.
Teraz działam w Stowarzyszeniu Spojrzenia, które założyłyśmy z kilkoma osobami, m.in. z Olą Rohulan, która także aktywnie działa w wolontariacie. Zresztą w Spojrzeniach jest więcej osób zaangażowanych w różnego typu działania wolontariackie, np. nasza koleżanka – psycholożka Karolina Łabno udziela bezpłatnych konsultacji psychologicznych, Renata Gądek angażuje się jako wolontariuszka w Stowarzyszeniu Mali Bracia Ubogich.
Nazwa naszego stowarzyszenia wzięła się stąd, że patrzymy w różne strony, z różnych perspektyw. Łączymy talenty i doświadczenia.
Obszar zdrowia – fizycznego i psychicznego – jest dla mnie bardzo ważny. Zrealizowałyśmy już projekt pierwszej pomocy przedmedycznej. Zaczęło się od rozmowy z koleżanką, która ratowała tatę i została w jakimś stopniu z poczuciem winy, że może gdyby umiała, byłoby inaczej. Dostaliśmy dofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego i zrobiliśmy bardzo praktyczne szkolenie z ratowniczką medyczną o ogromnym doświadczeniu.
W obszarze zdrowia psychicznego – organizowaliśmy spotkania poświęcone tematyce depresji – na jednym z nich naszym gościem była Małgorzata Janczak – Jamka, autorka książki „O depresji. Rozmowy bez tabu”. Wspomniana wcześniej Karolina Łabno od kilku miesięcy regularnie w czwartki o 6:00 rano w Parku Sanguszków prowadzi tzw. „społeczne spacery”, na które może przyjść każdy, żeby poruszać się i pobyć w towarzystwie innych. Chcemy przeciwdziałać tej izolacji społecznej, o której wspomniałeś w jednym z wcześniejszych pytań.
Teraz zaczynamy projekt wytchnieniowo-rozwojowy dla mam dzieci z niepełnosprawnościami pt. „Jestem nie tylko mamą” w „Aktywnej Kuchni”. Znowu zaczęło się od jednej rozmowy – tym razem z dziewczyną, która sama wychowuje dwójkę dzieci autystycznych. Na początku działalności stowarzyszenia wybrałyśmy ważne dla nas obszary i ten był jednym z tych, którymi chcemy się zająć. W okresie kwiecień – maj Małgosia Trojan ze Spojrzeń prowadziła nieodpłatnie „Tańce w kręgu” w Specjalnym Ośrodku Szkolno – Wychowawczym. Teraz, w Aktywnej Kuchni będą trzy warsztaty w godzinach, w których dzieci są w szkole lub w przedszkolu, co pozwoli mamom odetchnąć i zintegrować się z innymi kobietami, ale przede wszystkim popatrzeć na samą siebie nie tylko przez pryzmat bycia mamą. Ten projekt jest realizowany przy wparciu finansowym Urzędu Marszałkowskiego, ale wiele działań jest wykonywanych w ramach wolontariatu.
Wszystko kręci się wokół pomocy i działalności społecznej.
Artur: Czy wolontariat według Ciebie może wspierać zdrowie psychiczne osoby, która się w niego angażuje?
Monika: Jak najbardziej. To są obopólne korzyści. Daję swój czas i umiejętności, ale bardzo dużo czerpię. Idąc do Marysi, doceniam własne życie, sprawne ciało i możliwości, jakie mi ono daje i jednocześnie też z podziwem patrzę, że można być pogodnym i niesamowicie wdzięcznym za życie, bez grama pretensji do kogokolwiek nawet jeśli to życie dość mocno nas doświadcza. Dla mnie, jako wolontariuszki, to jest bardziej wymiana niż poświęcenie.
Wolontariat nie jest tylko romantyczną historią o superbohaterze bez peleryny, poświęcającym się dla innych. Wchodząc w niego, mocno inwestujemy w siebie, rozwijamy kompetencje, budujemy osobowość i wzmacniamy kondycję psychiczną.
Kiedy pierwszy raz pojechałam do Marysi, Beatka przyszła z grupą uczniów – niektórzy byli po raz pierwszy. Obserwowałam, jak reagują na starszą osobę, na warunki życia, czasem na zapach. Na początku bywa trudno. Ale przychodzą kolejny raz, pomagają sprzątać, przygotowywać jedzenie, obserwują, pytają, czego pani potrzebuje. Wychodzą z uśmiechem. Są z siebie zadowoleni, dumni. I pewnie też z refleksją, jak może wyglądać starość – która może dotyczyć też nas.
Artur: Gdybyś miała jednym zdaniem (albo kilkoma) zachęcić młodych ludzi do wejścia w wolontariat – czym byś ich przekonała?
Monika: Jeśli zapali się choć mała lampka – „może bym pomógł, może moje zasoby lub zaangażowanie mogłyby się przydać” – warto w to iść, nawet bez pełnej pewności. Ta pomoc może okazać się dla kogoś bardzo wartościowa i potrzebna. A my sami z tego korzystamy – czasem nie od razu, ale z czasem to przychodzi. Warto dzielić się tym, co się ma: umiejętnościami, czasem, który można poświęcić komuś. Jest bardzo dużo osób potrzebujących różnej pomocy. Często kojarzymy pomaganie tylko z pieniędzmi i wtedy się wyłączamy: „nie stać mnie”. A można pomagać na wiele innych sposobów.
Artur: A swoje dzieci zachęcasz do wolontariatu, czy czekasz, aż to będzie ich własna decyzja?
Monika: Nie zachęcam wprost. Opowiadam im, co robię, dokąd jadę, co widzę. Opowiadam, że młodzież przyjeżdża, sprząta ogródek, pomaga w domu. Oni tego słuchają. Przykład mówi zdecydowanie więcej niż słowa „idź się gdzieś zaangażuj”. W ich szkołach są różne formy wolontariatu, zbiórki, wsparcie schronisk czy osób z Ukrainy – zawsze angażujemy się finansowo, ale taka forma pomocy nie zawsze zostawia głębszy ślad.
Artur: Dziękuję bardzo za rozmowę.
Monika: Ja również bardzo dziękuję za zaproszenie i rozmowę.