Marcin Skóra

Cześć Marcin. Zacznijmy klasycznie – przedstaw się proszę ładnie naszym słuchaczom.

Marcin Skóra. Obecnie jestem przedsiębiorcą biznesowym, ale wcześniej przez wiele lat byłem funkcjonariuszem Policji. Odszedłem w stopniu podinspektora, czyli odpowiedniku majora. Pracowałem w Centralnym Biurze Śledczym Komendy Głównej, a później szefowałem całej Policji Kryminalnej w powiecie tarnowskim.

Twoja obecna działalność też trochę kojarzy się ze śledzeniem, prawda?

Można tak powiedzieć, ale nie do końca. W Polsce firmy mojego typu są często postrzegane jak z programu „Zdrady” – że śledzimy niewiernych mężów i żony. To jest tylko promil naszej działalności. Zajmujemy się przede wszystkim wywiadem gospodarczym, śledztwami majątkowymi i ochroną marki. Jesteśmy w polskiej czołówce jeśli chodzi o wywiad gospodarczy. Pracujemy dla dużych koncernów, walczymy z podróbkami – bo to jest po prostu kradzież własności intelektualnej.

Robisz to komercyjnie, ale robisz też coś bardzo pożytecznego społecznie. A jednak to Ci nie wystarczyło i założyłeś fundację.

Tak, założyłem fundację, której jestem głównym – i w zasadzie jedynym – fundatorem. Nie proszę nikogo o pieniądze, bo nie chcę słyszeć pytań typu „ile Skóra na tym przycina na boku”. Wolę tego uniknąć.

Wróćmy na chwilę do początków. Skąd w ogóle pomysł na fundację i na taką działalność społeczną?

Wszystko zaczęło się w 2015 roku. Przerobiłem to sobie później na terapii – nie wstydzę się mówić, że chodzę na terapię. Moje dzieciństwo było trudne – chłopak z rozbitej rodziny, ze wsi, z Wieszłosławic, potem Tarnów. Ojciec zostawił mamę w dziewiątym miesiącu ciąży i praktycznie nigdy się mną nie interesował. Wychowywali mnie dziadkowie na wsi – to były najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa.

Przez długi czas szedłem równią pochyłą – byłem chuliganem, stadionowcem, przemytnikiem. Później poznałem pierwszą żonę – niestety już nieżyjącą – i to ona powiedziała mi wprost: albo zmieniasz życie, albo nie ma nas. Zaproponowała, żebym poszedł do policji. I poszedłem. To był przełom.

Ale po policji, na emeryturze, po założeniu firmy przyszedł moment, że chciałeś dawać więcej. I powstała fundacja. Jak wygląda wasza działalność wolontaryjna?

Najważniejsze dla mnie są dzieci z domów dziecka i ośrodków szkolno-wychowawczych One mają najtrudniejszy start – nie mają rodziców, którzy je kochają. Państwo je wychowuje. Obserwuję te dzieci od 11 lat – i powiem Ci szczerze: znam tylko jeden przypadek, żeby ktoś skończył w kryminale. Reszta żyje normalnie – studiuje, pracuje, zakłada rodziny.

Co robimy? Tradycyjnie od lat organizuję Mikołajki – dzieci piszą listy do Mikołaja. Te listy są przepiękne, nigdy nie ma tam nic wygórowanego. Robimy też Dzień Dziecka, a od kilku lat Olimpiadę dla Domów Dziecka – prawdziwe konkurencje olimpijskie, z udziałem byłych olimpijczyków. Przyjeżdża ponad 100 dzieciaków. Tam zawsze jest miejsce dla wolontariuszy.

A działania kryzysowe? COVID, wojna na Ukrainie, powódź…

W czasie COVID-u jeszcze nie było formalnie fundacji, ale zamieniłem firmę w kuchnię – zaczynaliśmy od 15 obiadów dziennie, doszliśmy do 150. Rozwoziliśmy je nocami.

Ukraina – wojna wybuchła w czwartek, a ja w piątek już byłem na granicy. Robiliśmy ponad 50 transportów charytatywnych – rekordowo trzy pełne busy na raz.

Powódź w Lądku-Zdroju – zobaczyłem w tv, zadzwoniłem do kumpla, który tam organizuje festiwal górski. Wieczorem już byliśmy na miejscu jako pierwsi zewnętrzni wolontariusze . Pilnowaliśmy mienia, bo bano się szabrowników.

Kto może zostać u Was wolontariuszem?

W domu dziecka – jak najbardziej młodzież też. Natomiast działania kryzysowe, granica, powódź – to już raczej dorośli, studenci, osoby w moim wieku, seniorzy. Nie zabieram dzieciaków szkolnych na front.

Jesteśmy otwarci na pomysły – jeśli ktoś ma konkretną wizję, jak pomóc dzieciom z niepełnosprawnościami, domom dziecka, seniorom – bardzo chętnie.

Miałeś jakąś akcję, która Cię wzruszyła?

Jedna z najpiękniejszych – dziewczynka z dużą niepełnosprawnością na wózku powiedziała mi na marszu w Warszawie, że chciałaby poznać Batmana. Obiecałem, że przyjadę. Przebrałem się za Batmana, Sławek ściągnął 20 motorów z IPA Riders – motocyklistów w skórach. Przejechaliśmy całą wieś jak gang Batmanów. Szczęście w oczach tego dziecka… to bezcenne.

Dlaczego warto być wolontariuszem? Co Tobie to daje?

Najpierw myślałem, że pomagam innym. To prawda, ale najważniejsze jest to, że staję się przez to lepszym człowiekiem. Daję dzieciakom to, czego sam nie miałem w dzieciństwie – uwagę, ciepło, wiarę, że ktoś o nich pamięta.

Dla młodego człowieka to inwestycja w siebie – uczy pracy w zespole, odpowiedzialności, pewności siebie.

Na koniec – sentencja, którą masz na ścianie: „Bądź miły dla ludzi, kiedy pniesz się w górę, bo możesz ich spotkać, kiedy będziesz spadać w dół”. Wierzysz, że to naprawdę działa?

Tak. Mam wewnętrzne przekonanie, że jak daję złotówkę na cel charytatywny, to zaraz w biznesie pojawia się fajny kontrakt. Świat odbija to, co wysyłamy.

Dziękuję Ci bardzo, Marcin.

Dziękuję.