Lukas Rohulan

Łukasz Rohulan – kaletnik, motocyklista, wolontariusz na festiwalach i… na wojnie

Możesz się krótko przedstawić?

Cześć, jestem Łukasz Rohulan. Pochodzę z Czech.

Jak Czech na stałe zadomowił się w Tarnowie?

Długa historia (śmiech). Studiowałem teologię i religioznawstwo na Uniwersytecie Karola w Pradze, specjalizowałem się w nowoczesnych ruchach religijnych i sektach. W akademiku międzynarodowym poznałem Polkę… i już zostałem. Najpierw Tarnów, potem różne miejsca, ale Tarnów jest moją stałą bazą.

Z zawodu jesteś kaletnikiem?

Tak, kaletnikiem jestem właściwie od zawsze. Robię torby, portfele, paski, noże w skórze, a od jakiegoś czasu także naturalne kosmetyki – mydła, balsamy z woskiem pszczelim. Ludzie piszą, że pomagają przy łuszczycy, AZS… sam jeszcze wysyłam wosk na badania, żeby mieć stuprocentową pewność.

A wolontariat kiedy pojawił się w Twoim życiu?

Zaczęło się od motocykla. Jeżdżę od dziecka, poważnie od jakichś 20 lat. Motocykliści mają taką piękną cechę – potrafią w kilka godzin zebrać gigantyczne zrzutki na chore dzieci, na rodziny w potrzebie. Jak gdzieś ginie dziecko, to właśnie do najbardziej wytatuowanego gościa w skórze rodzice biegną po pomoc. To naprawdę działa.

W Tarnowie zaangażowałem się w Motomykołaje – wielkie zbiórki dla Domu Dziecka w Żuchowej. Stamtąd już prosta droga do regularnej pomocy społecznej: warsztaty, wycieczki z dziećmi, po prostu bycie obok nich. Dla wielu z tych dzieciaków z patologicznych domów to pierwszy w życiu kontakt z bezpiecznym, życzliwym mężczyzną.

Próbowałeś też innych form wolontariatu?

Oczywiście, sporo. Najwięcej na festiwalach muzycznych – Folkowisko, Panonika, Sielawa i kilka innych. Budowałem sceny, robiłem zdjęcia zza kulis, prowadziłem własne stoisko z rękodziełem, sprzątałem pola namiotowe, stałem na bramkach… dosłownie wszystko po kolei.

Młodzi ludzie często myślą, że wolontariat na festiwalu to przede wszystkim darmowy koncert. Prawda?

Prawda jest brutalna – jak grają Twoi ulubieni, to akurat wtedy najczęściej harujesz (śmiech). Ale korzyści są ogromne, szczególnie dla nastolatków 16–20 lat.

Uczą się pracować w zespole, brać odpowiedzialność, słuchać poleceń osoby w podobnym wieku, która akurat koordynuje. Uczą się matematyki przy rozstawianiu pola namiotowego, asertywności przy ochronie, radzenia sobie z presją tłumu. Bardzo często przyjeżdżają z lękami społecznymi, ADHD, nerwicami natręctw – a po dwóch-trzech dniach widzę, że coś w nich pękło w dobrą stronę. Wolontariat naprawdę działa jak darmowa, skuteczna terapia.

Myślisz, że wolontariat może pomóc w radzeniu sobie z hejtem?

Myślę, że tak. Poznałem kiedyś gościa, który kiedyś był klasycznym hejterem – narodowe tatuaże, ostre wpisy non stop. Zaczął robić wolontariat na festiwalach, poznał ludzi „innych”, zobaczył, że oni też mają marzenia, lęki, problemy… dokładnie tacy sami jak on. Hejt mu po prostu wyparował. Tatuaże zostawił jako pamiątkę: „to była moja blizna, jestem dumny, że z tego wyszedłem”.

A potem przyszedł luty 2022…

Siedziałem u znajomych i pilnowałem im zwierząt, bo wyjechali. W piątek wieczorem zobaczyłem pierwsze wiadomości. W sobotę oddałem psa, w niedzielę spakowałem busa harcerskiego z Tarnowa i pojechałem na granicę.

Najpierw punkt przy granicy polsko-ukraińskiej, potem coraz głębiej. Rozwoziliśmy pomoc humanitarną – jedzenie, leki, sprzęt medyczny. Spaliśmy w namiotach, słyszeliśmy drony i rakiety. Raz fala uderzeniowa rozrzuciła ludzi kilkanaście metrów od nas. W pierwszym tygodniu mieliśmy sześć zgonów z wychłodzenia tuż obok.

Jak to wyglądało organizacyjnie? Fundacja od razu?

Na początku u kumpla w dużym pokoju, po dwóch dniach już lodowisko, po tygodniu wielki magazyn. Pomoc przyjeżdżała z całej Europy. Szybko zrozumieliśmy, że potrzebujemy formalnej struktury – ubezpieczenia, prawnej ochrony. Tak powstała fundacja.

Kto jeździł z Tobą w głąb Ukrainy?

Na początku każdy mógł sortować w magazynie – harcerze, policjanci, strażacy. Prawdziwa zabawa – miałem pod sobą dziesiątkę policjantów na wolontariacie (śmiech). Ale na drugą stronę granicy jeździli już tylko ludzie albo z doświadczeniem wojskowym, albo bardzo odporni psychicznie. Inni szybko odpadali.

Miałeś moment „po co ja to robię”?

Nie. Dopiero jak wróciłem i zeszła adrenalina, dotarło do mnie, jak bardzo to wszystko było niebezpieczne. W trakcie po prostu działałem. Myślałem tylko: „oby jak najszybciej, jeśli już coś ma spaść”.

Co Ci to wszystko dało osobiście?

Ogrom empatii. Uśmiech dziecka tam jest najpiękniejszą muzyką świata. Nauczyłem się ukraińskiego, poznałem ludzi na całe życie, opanowałem pierwszą pomoc, pakowanie plecaka ucieczkowego, orientację w terenie w kryzysie. To zostaje na zawsze.

Oczywiście jest też koszt – psychiczny. PTSD nie bierze jeńców. Ale gdybym miał wybierać jeszcze raz… pojechałbym znowu.

Jedno zdanie na koniec – dlaczego warto zostać wolontariuszem?

Nie lubię słowa „karma”, ale wszystko dobre, co dajesz, naprawdę wraca – czasem w najmniej spodziewany sposób. A czasami po prostu warto dać coś dobrego, bo świat robi się od tego trochę mniej zły.