Beata Janowska - Ptasznik
Wywiad z Beatą Janowską-Ptasznik – fryzjerka, przedsiębiorczyni i koordynatorka wolontariatu
Artur: Zaczynamy! Przedstaw się proszę – kim jesteś i czym na co dzień się zajmujesz?
Beata: Cześć! Beata Janowska-Ptasznik. Fryzjerka z wykształcenia i zawodu, od ponad 20 lat prowadzę własny salon. Koordynuję też wolontariat w Zespole Szkół Mistrzostwa Sportowego ZKS Unia Tarnów.
Artur: Czyli salon i wolontariat. Od ilu lat t prowadzisz ten salon?
Beata: Mój syn ma 21 lat, więc… salon jest praktycznie odkąd zostałam mamą. Pierwszy otworzyłam zaraz po szkole w świętokrzyskim. Potem przerwa na szpitale, a w Tarnowie ruszyłam od nowa. Pierwszych ludzi zatrudniłam już po roku.
Artur: No to masz już grubo ponad 20 lat ogarniania ludzi w salonie. A wolontariat kiedy Cię wciągnął?
Beata: Jakieś 15 lat temu.
Artur: Skąd w ogóle ten pomysł? Co Cię tak ruszyło w stronę pomagania?
Beata: Wszyscy o to pytają. Zawsze mówię, że to z domu wyszło. Najstarsza z rodzeństwa, było nas sporo, więc od małego pilnowałam młodszych. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie obok czyjejś krzywdy. Na wsi zawsze komuś coś podawało się rękę – i to mi zostało.
Pierwsza konkretna akcja zaczęła się od klientki, która opowiedziała o ciężko chorym dziecku. Postawiłam wtedy w salonie puszkę „dobra”. Ta puszka jest ze mną do dziś i z biegiem lat rozrosła się w masę różnych akcji.
Artur: Właśnie – ja chcę mocno postawić na to, co wolontariusz sam z tego ma. Bo że pomagamy innym, to każdy wie. Ale mało kto mówi: „patrz, ile Ty z tego zyskujesz”. A jest tego naprawdę sporo.
Beata: Dokładnie. To wcale nie wyklucza bycia dobrym człowiekiem, że myśli się też o sobie.
Artur: Od tych puszek i pojedynczych akcji dotarłaś aż do szkoły mistrzostwa sportowego. Jak to się w ogóle stało?
Beata: Z dyrektorem znamy się od lat – nasze dzieci razem trenowały. Jak powstała szkoła, w jednej z rozmów padło, że mogłabym poprowadzić wolontariat z uczniami. I tak ruszyło – już ponad pięć lat temu.
W pandemii zrobiliśmy wielki skok. Codziennie gotowałam w domu pełne obiady, rodzice zrzucali się na składniki, a chłopaki jeździli ze mną i rozwoziliśmy jedzenie do wszędzie tam, gdzie czuliśmy, że ludzie są na pierwszej linii i potrzebują wsparcia.
Potem weszły regularne akcje z seniorami. I to już trwa non stop.
Artur: Kto u Ciebie może zostać wolontariuszem? Tylko dzieciaki z SMS-u, czy mogą się zgłaszać też z innych szkół?
Beata: Na początku głównie nasi. Ale od paru lat mamy szerszy projekt z Urzędem Marszałkowskim i Martą Malec-Lech. Podpisaliśmy deklaracje z piętnastoma szkołami z całej Małopolski. Przyjeżdżają do nas na szkolenia, wchodzą w nasze wtorkowe akcje dla seniorów. Widzą, jak wygląda regularna, cotygodniowa pomoc – i to ich mocno rusza.
Artur: A seniorzy-wolontariusze? Skąd się biorą?
Beata: Najczęściej najpierw pojawiają się u mnie w salonie. Potem naturalnie dołączają do większych akcji.
Artur: Jak wyczuwasz, kto się nada do takiej roboty?
Beata: Najlepszy test to po prostu zabrać kogoś ze sobą do seniora i popatrzeć. Emocje, podejście, życzliwość, naturalność w rozmowie – wszystko wychodzi w pierwszych kilkunastu minutach. Po tylu latach już wyczuwam, kto się nada. Jeszcze nigdy się nie pomyliłam.
Artur: Brutalne pytanie na koniec: jak motywujesz młodzież, która czasem tonie w szkolnym hejcie? Widzisz w wolontariacie jakąś tarczę albo wręcz terapię na te trudne relacje między nimi?
Beata: Bezwzględnie tak. Widziałam już nie raz, jak konflikty między uczniami nagle malały po wspólnym wyjeździe – koszeniu trawy, sprzątaniu, noszeniu zakupów. Wspólna praca fizyczna i realna pomoc drugiemu człowiekowi potrafi bardzo szybko zmienić perspektywę.
Artur: Jedno zdanie – dlaczego w dzisiejszej Polsce warto zostać wolontariuszem?
Beata: Bo kiedy przez chwilę zatrzymasz się i zobaczysz twarz osoby, której właśnie pomogłeś – to uczucie jest bezcenne i daje energię, żeby robić to znowu.
Artur: Dzięki ogromne, Beata!
Beata: Dzięki Tobie! I pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze się wahają – serio, warto spróbować.