Jakub S łowik
Rozmowa z Kubą Słowikiem – kierownikiem Fundacji Zielona Przystań i streetworkerem z krwi i kości
Kuba, dawaj na czysto – kim jesteś i co robisz na co dzień?
Cześć! Kuba Słowik, Fundacja Zielona Przystań w Tarnowie. Kieruję Środowiskowym Domem Samopomocy, pomagamy osobom z chorobami psychicznymi, starszym, niepełnosprawnym. Ale tak naprawdę od kilkunastu lat ciągnie mnie do wolontariatu – odkąd miałem 17 lat i pomagałem dzieciakom odrabiać lekcje przy misjonarzach.
Serio, prawie 30 lat? To szmat czasu. Co Cię w tym kręci najbardziej?
Lubię czuć się potrzebny, wiesz? To nie jest chore ego, tylko zdrowa frajda z tego, że możesz komuś realnie pomóc. Na początku zawsze masz te motyle w brzuchu, wizję wielkiej zmiany. Ale później, jak pracujesz z osobami bezdomnymi, przewlekle chorymi psychicznie – feedbacku prawie nie ma. Musisz wierzyć w ideę, że to, co robisz, ma sens, nawet jeśli nie widzisz efektu „wow, zmieniłem mu życie!”.
No i właśnie – streetworking. W Tarnowie to brzmi jak mission impossible. Opowiedz, o co w tym chodzi.
Streetworking to u nas głównie zimowe wyjścia do osób w kryzysie bezdomności, które nie chcą iść do schroniska, mieszkają w pustostanach, namiotach, miejscach totalnie beznadziejnych. Raz w tygodniu (czasem częściej przy siarczystym mrozie) ja, Paweł z Straży Miejskiej i wolontariusze jeździmy, szukamy ich, gadamy, dajemy herbatę, ciepłą bieliznę, odzież. Straż Miejska super pomaga – oni mają info z terenu, patrolują codziennie, jak jest minus 15. My jesteśmy raz w tygodniu, ale to symbioza – razem ratujemy życie.
Brzmi ciężko. Co trzeba umieć, żeby wejść w streetworking?
Nic specjalnego! Serio – wystarczy serce i empatia. Nie musisz być psychologiem, socjologiem, mieć dyplomu. Musisz chcieć słuchać, pytać „co u Ciebie słychać?”, „jak minął tydzień?”. Bo nikt ich o to nie pyta. Oni zaczepiają nas pod sklepem „kierowniku, pomożesz?”, a my przychodzimy do ich świata i pytamy o nich. To jest clue – pokazujesz, że ktoś jest dla Ciebie ważny, że nie jest niewidzialny. To często więcej niż herbata czy skarpety.
A jak młody człowiek myśli: „chcę spróbować”? Od czego zacząć?
Najlepiej zgłosić się do organizacji, która już to robi – u nas w Zielonej Przystani streetworking jest wolontariacki, bez projektów, po prostu z serca. W Tarnowie jesteśmy chyba jedyni w takim regularnym wydaniu z bezdomnymi. Ale ogólnie – znajdź fundację czy stowarzyszenie, które wspiera bezdomnych, i powiedz „hej, chcę pomóc”. Zaczynasz od małych rzeczy, jeździsz z kimś doświadczonym, uczysz się na żywo.
Przez te lata wolontariatu nabrałeś jakichś konkretnych doświadczeń?
Mega dużo! Pracowałem jako opiekun w DPS-ach, w domach dla dzieci z niepełnosprawnościami – myłem, karmiłem, animowałem, radziłem sobie z 20 osobami na zmianie. Teraz jako kierownik wiem, co naprawdę przeżywają moi ludzie na dole. Wiem, co jest realne do ogarnięcia, a co nie. Umiejętnie oceniam, czy ktoś będzie dobry w relacjach, czy tylko „odhacza robotę”. Empatia + praktyka = złoto w pracy społecznej.
Ale jest też ciemna strona – śmierci, odejścia… Jak to ogarniasz?
Trudno. W Zielonej Przystani co roku odchodzą nasi podopieczni. U bezdomnych – nowy sezon, kogoś nie ma. Zapił się, wypadek, cokolwiek. Trzeba balansu: być empatycznym, przeżywać to, ale nie dać się złamać. Bo jak Ty się „wypalisz”, to już nikomu nie pomożesz. To się uczy latami.
Dobra, na koniec – jednym zdaniem: dlaczego warto zostać wolontariuszem?
Bo możesz poczuć się naprawdę potrzebny, oddać coś od siebie, zdobyć konkretne doświadczenie (nawet przed studiami, bez ryzyka „spaliłem 5 lat na niewłaściwym kierunku”), i trwać w pomaganiu na dłużej niż jednorazowa akcja. Masz w sobie potencjał dobra? Puść go w świat – zmienia to Ciebie i ludzi wokół. Serio, warto.
Dzięki Kuba, mega inspirujące. Jak ktoś chce dołączyć do streetworkingu czy wolontariatu w Zielonej Przystani – piszcie śmiało!